Złoty polski (zł)
  • Złoty polski (zł)
  • Euro (€)
iGulu F1 – funkcje i innowacje Porady i wiedza

Dlaczego nie potrzebuję iGulu? 10 bardzo rozsądnych powodów, które coraz gorzej się bronią

Dlaczego nie potrzebuję iGulu? 10 bardzo rozsądnych powodów, które coraz gorzej się bronią

Na początku wydawało mi się to dość oczywiste.

Po co właściwie komu iGulu?

Przecież piwo można kupić w sklepie.

Fermentować można w plastikowym wiadrze.

Domowi piwowarzy radzili sobie bez takich urządzeń przez dziesięciolecia.

Do tego iGulu robi „tylko” 3,7 litra.

No i jest jeszcze pytanie, które wraca do mnie z regularnością godną szwajcarskiego zegarka:

„A bimber można?”

Krótko mówiąc: argumentów przeciwko iGulu jest całkiem sporo.

Problem polega na tym, że im dłużej używam tego urządzenia i im więcej kolejnych projektów realizujemy, tym więcej tych argumentów zaczyna się rozsypywać.

A ponieważ przez ostatnie miesiące zrobiliśmy w iGulu tyle różnych rzeczy, że czasami sam nie jestem pewien, czy nadal testuję urządzenie do fermentacji, czy już prowadzę małe laboratorium badawcze, postanowiłem zebrać najczęściej powtarzane pytania i wątpliwości.

Czyli inaczej:

dlaczego absolutnie nie potrzebuję iGulu.

I dlaczego z każdym kolejnym projektem coraz mniej w to wierzę.


1. „Przecież piwo mogę kupić w każdym sklepie”

To chyba najbardziej logiczny argument.

Chcesz piwo?

Idziesz do sklepu.

Kupujesz.

Wracasz.

Otwierasz.

Koniec procesu technologicznego.

Nie trzeba mierzyć SG, dobierać drożdży, ustawiać temperatury fermentacji, zastanawiać się nad ciśnieniem i czekać kilka dni.

Brzmi rozsądnie.

I właśnie dlatego przez długi czas sam patrzyłem na domową fermentację trochę w ten sposób:

po co robić coś, co mogę po prostu kupić?

Tyle że podczas kolejnych naszych projektów zaczęliśmy stosować pewien standard.

Jeżeli próbujemy zrobić określony styl piwa albo odtworzyć konkretny profil smakowy, kupujemy dostępne na rynku piwa referencyjne.

Nie po to, żeby kopiować je jeden do jednego.

Chcemy mieć punkt odniesienia.

Sprawdzamy aromat.

Ciało.

Goryczkę.

Słodycz.

Nagazowanie.

Balans.

Porównujemy gotowy produkt z tym, co zrobiliśmy sami.

Krótko mówiąc — kalibrujemy sobie kubki smakowe.

I właśnie podczas tych poszukiwań pojawiło się bardzo ciekawe spostrzeżenie.


2. „Kupisz przecież takie piwo, jakie tylko chcesz”

No właśnie niekoniecznie.

I mówię tutaj o Warszawie.

Nie o małej miejscowości, w której półka z piwem kraftowym składa się z jednej IPA, drugiej IPA i trzeciej IPA z inną etykietą.

Mówię o mieście, w którym mamy bardzo dobre sklepy specjalistyczne.

Sam korzystam między innymi ze Stanu Umysłu czy Źródła Niebanalnych Piw i Alkoholi.

To miejsca znane miłośnikom kraftu, z długą historią i naprawdę bogatym wyborem.

A mimo tego coraz częściej widzę, że nawet tam nie jestem w stanie kupić wszystkiego, czego akurat szukam.

Chcę konkretnego belgijskiego stylu?

Może będzie.

Chcę klasycznego Hefeweizena o określonym profilu?

Zależy od dostawy.

Chcę Rauchbiera?

Zaczyna się polowanie.

Chcę Gose?

Może.

Chcę piwo dyniowe poza sezonem?

Powodzenia.

Chcę Braggota?

No to już zaczynamy wchodzić w rejony archeologii piwnej.

I nie jest to zarzut wobec sklepów.

Wręcz przeciwnie.

Jeżeli problem widzę nawet w sklepach specjalistycznych z bardzo szeroką ofertą, to pokazuje tylko coś znacznie większego.

Rynek się koncentruje.

Sklep musi sprzedawać to, co rotuje.

Dystrybutor musi sprowadzać to, co ma ekonomiczny sens.

Browar musi produkować coś, co ktoś później kupi.

I trudno się temu dziwić.

Jeżeli niszowy styl stoi trzy miesiące na półce, a kolejna Hazy IPA znika w dwa dni, to matematyka jest brutalna.

A moje aktualne zachcianki degustacyjne niespecjalnie tę matematykę obchodzą.


3. I wtedy zmieniło mi się pytanie

Kiedyś myślałem:

„Po co robić piwo, skoro mogę je kupić?”

Dzisiaj coraz częściej myślę:

„Skoro nie mogę kupić dokładnie tego, czego chcę, to dlaczego po prostu tego nie zrobię?”

I to jest zasadnicza różnica.

Sklep oferuje mi to, co aktualnie posiada.

Ja w iGulu mogę próbować zrobić to, co aktualnie chcę.

Jeżeli jutro mam ochotę na piwo dyniowe z wanilią, przyprawami i nutą klonową — mogę zacząć taki projekt.

Jeżeli tydzień później wymyślę Hefeweizena z mango — mogę.

Jeżeli później ktoś podczas LIVE powie:

„A może zróbcie płynną cynamonkę?”

Niestety również mogę.

I tutaj zaczyna się prawdziwy problem.

Bo w pewnym momencie ograniczeniem przestaje być półka sklepowa.

Zaczyna nim być własna wyobraźnia.

A moja, jak zdążyli już zauważyć widzowie naszych transmisji, zdecydowanie powinna mieć jakiś nadzór.


4. „Ale to tylko 3,7 litra. Jaki to ma sens?”

Na początku sam patrzyłem na tę pojemność trochę podejrzliwie.

3,7 litra?

Piwowar przyzwyczajony do 20- czy 30-litrowego fermentora może zapytać:

„To dla kogo właściwie robię to piwo? Dla siebie i kota?”

Tylko że dzisiaj właśnie tę objętość uważam za jedną z największych zalet iGulu.

Ja nie chcę robić 30 litrów każdego eksperymentu.

Zwłaszcza za pierwszym razem.

Jeżeli mam pomysł na piwo z dynią, cynamonem, imbirem, wanilią i klonem, to naprawdę nie potrzebuję od razu beczki tego wynalazku.

Najpierw chcę sprawdzić, czy pomysł, który w mojej głowie brzmi genialnie, nadal będzie genialny po fermentacji.

3,7 litra daje mi właśnie tę swobodę.

Robię.

Testuję.

Degustuję.

Porównuję.

Poprawiam.

Jeżeli wyszło świetnie — robię ponownie.

Jeżeli wyszło przeciętnie — wiem, co zmienić.

Jeżeli wyszło tragicznie — mówię, że był to „projekt badawczy”.

To określenie bardzo dobrze ratuje sytuację.


5. Mała objętość oznacza, że mogę robić rzeczy absurdalne

I właśnie tutaj iGulu zaczyna robić się naprawdę ciekawe.

Nie muszę produkować kolejnej poprawnej IPA.

Mogę zrobić coś kompletnie dziwnego.

I robimy.

Hefeweizen z mango.

Hot-dog beer.

Miód.

Cydr.

Piwo bezalkoholowe.

Butterbeer Bragot.

Płynną cynamonkę.

Piwo dyniowe.

I prawdopodobnie za chwilę ktoś rzuci kolejnym pomysłem, którego rozsądny człowiek nie powinien realizować.

Problem polega na tym, że ja zapewne go zrealizuję.

Bo przy 3,7 litra mogę sobie na takie eksperymenty pozwolić.

To trochę różnica pomiędzy laboratorium a linią produkcyjną.

W laboratorium testujesz pomysły.

Na linii produkcyjnej modlisz się, żeby pomysł był dobry.


6. „Przecież można fermentować w wiadrze za kilkadziesiąt złotych”

Oczywiście.

I nigdy nie będę twierdził inaczej.

Plastikowy fermentor nadal działa.

Tak samo jak patelnia działa mimo istnienia grilla elektrycznego, a czajnik nie przestał gotować wody po wynalezieniu ekspresu do kawy.

iGulu nie powstało dlatego, że wcześniej nie dało się fermentować.

Dało się.

I nadal się da.

Różnica polega na tym, że tutaj dużą część procesu mam zamkniętą w jednym urządzeniu.

Fermentacja.

Kontrola temperatury.

Harmonogram procesu.

Praca z ciśnieniem.

Schłodzenie.

Nagazowanie.

A na końcu serwowanie napoju bezpośrednio z urządzenia.

Da się to wszystko zrobić inaczej.

Oczywiście.

Tylko pytanie brzmi:

czy za każdym razem mam ochotę organizować sobie wokół tego pół kuchni?

Ja już znam swoją odpowiedź.


7. Największy przełom? Możliwość odtwarzania piw na żądanie

To chyba najbardziej zmieniło moje podejście.

Kiedyś domowe piwo było dla mnie przede wszystkim hobby.

Dzisiaj coraz częściej patrzę na nie jak na możliwość zrobienia konkretnego stylu dokładnie wtedy, kiedy mam na niego ochotę.

To trochę jak gotowanie.

Jeżeli mam ochotę na Carbonarę, nie sprawdzam, czy restauracja za trzy tygodnie będzie miała ją w karcie.

Kupuję składniki i robię.

Z piwem długo nie myślałem w ten sposób.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że oferta sklepowa istnieje i właściwie wszystko da się gdzieś kupić.

Tyle że rynek nie działa według mojego aktualnego pomysłu.

Browary produkują to, co ma sens.

Dystrybutorzy sprowadzają to, co ma szansę się sprzedać.

Sklepy trzymają to, co rotuje.

A ja robię 3,7 litra.

I nagle ekonomia wygląda zupełnie inaczej.

Jeżeli mam ochotę na niszowy styl, który dla dużego browaru nie ma dzisiaj sensu ekonomicznego, dla mnie może mieć sens idealny.

Bo potrzebuję kilku litrów.

Nie trzydziestu tysięcy.


8. „Zawsze mogę pojechać do innego sklepu”

Oczywiście.

Mogę.

Mogę sprawdzić internet.

Zadzwonić.

Pojechać na drugi koniec Warszawy.

Wejść do kolejnego sklepu.

Zapytać:

„Macie może…?”

Nie.

„A będzie?”

Może.

„A kiedy?”

Nie wiadomo.

I wtedy przypominam sobie, że w domu stoi urządzenie, w którym mogę po prostu spróbować zrobić własną wersję.

W tym momencie domowa fermentacja przestaje dla mnie oznaczać wyłącznie hobby.

Zaczyna oznaczać niezależność od dostępności.

Nie ma?

To robię.

I ta możliwość zaczyna mieć dla mnie coraz większe znaczenie.


9. Do tego dochodzi coraz więcej ograniczeń wokół sprzedaży alkoholu

Nie chcę tutaj prowadzić dyskusji politycznej o tym, czy ograniczenia sprzedaży alkoholu są dobre, czy złe.

To osobny temat.

Patrzę na to wyłącznie z perspektywy użytkownika.

I widzę pewien paradoks.

Z jednej strony słyszę:

„Po co Ci urządzenie do robienia własnych napojów? Przecież wszystko kupisz.”

Z drugiej strony coraz częściej pojawiają się ograniczenia dotyczące tego, gdzie i kiedy alkohol można kupić.

Do tego dochodzi wspomniany wcześniej problem samej dostępności określonych stylów.

Czyli odpowiedzi na pytania:

„co?”,

„gdzie?”,

„kiedy?”

przestają być tak oczywiste jak kiedyś.

I wtedy argument:

„Po prostu pójdę do sklepu”

zaczyna mieć coraz więcej przypisów małym drukiem.

Natomiast to, co zrobiłem wcześniej w domu, stoi sobie spokojnie schłodzone w iGulu.

Nie interesują go godziny otwarcia.

Nie interesuje go aktualna dostawa.

Nie interesuje go rotacja półki.

Nie wie nawet, że istnieje dział zakupów.

I muszę przyznać, że jest to całkiem przyjemny rodzaj niezależności.


10. Paradoksalnie presja prohibicyjna sama zaczyna promować takie urządzenia

To jest chyba najbardziej ironiczna część całej historii.

Im bardziej ograniczana jest dostępność sprzedaży gotowego produktu, tym większego znaczenia nabiera możliwość przygotowania czegoś samodzielnie w domu.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy nagle zaczną warzyć własne piwo.

Nie zaczną.

Tak samo jak posiadanie piekarnika nie doprowadziło do upadku piekarni.

Ale dla osoby, która lubi eksperymentować, zaczyna pojawiać się dodatkowa wartość.

Kontrola.

Ja wybieram:

co robię,

kiedy robię,

ile robię,

jak mocne ma być,

jak słodkie,

jak kwaśne,

jak nagazowane,

jakie drożdże zastosuję,

jaką ustawię temperaturę,

jak długo będzie trwała fermentacja.

I przede wszystkim:

nie muszę pytać, czy mój pomysł jest aktualnie dostępny w ofercie.


Ale chwila… iGulu przecież wcale nie musi robić alkoholu

I to jest fragment, który z czasem zaczął mieć dla mnie coraz większe znaczenie.

Bo kiedy ktoś słyszy „domowy fermentor” albo „maszyna do piwa”, automatycznie myśli:

alkohol.

A fermentacja jest przecież znacznie szerszym światem.

W iGulu możemy robić również piwa bezalkoholowe i niskoalkoholowe.

I nie chodzi mi tutaj wyłącznie o wlanie do urządzenia gotowego piwa 0,0%.

Mówię o samym procesie.

Można pracować z odpowiednimi szczepami drożdży, kontrolować temperaturę, czas fermentacji, ekstrakt i cały profil procesu po to, żeby stworzyć piwo o bardzo niskiej zawartości alkoholu.

I właśnie ten kierunek jest dla mnie szczególnie interesujący.

Bo dobrych piw bezalkoholowych jest coraz więcej, ale nadal mam dokładnie ten sam problem co przy kraftach alkoholowych:

jestem ograniczony tym, co ktoś akurat wyprodukował i dostarczył do sklepu.

Jeżeli chciałbym zrobić własne 0,0% — mocniej chmielone, bardziej treściwe, z innym profilem drożdżowym albo po prostu inne od tego, co znajduje się na półce — mogę próbować zbudować taki projekt sam.

Ale bezalkoholowy świat iGulu nie kończy się na piwie.

Wręcz przeciwnie.


Kombucha, tepache, buza, kefir… czyli zaczyna się kolejny problem

Bo jeżeli przestaniemy patrzeć na iGulu wyłącznie jak na urządzenie piwne, nagle otwiera się cały świat fermentowanych napojów.

Kombucha.

Tepache.

Buza.

Kefir.

Napoje na bazie owoców.

Herbat.

Zbóż.

Miodu.

Przypraw.

Możemy eksperymentować ze słodyczą, kwasowością, temperaturą, czasem fermentacji i nagazowaniem.

Chcesz mocno imbirowe tepache?

Robisz.

Chcesz bardziej kwaśną kombuchę?

Robisz.

Chcesz lekką, zbożową buzę?

Robisz.

Chcesz eksperymentować z kefirem albo innym napojem fermentowanym?

Masz narzędzie do kontrolowania temperatury i procesu.

I tutaj zaczynam patrzeć na iGulu już zupełnie inaczej.

Nie jako na „maszynę do piwa”.

Bardziej jako na domowe urządzenie do kontrolowanej fermentacji.

A to jest znacznie szersza kategoria.


„Czy iGulu robi piwo z proszku?”

Oczywiście.

Wsypuję magiczny proszek.

Mówię trzy razy „IPA”.

Gaszę światło.

Rano mam gotowe piwo.

Niestety proces jest trochę mniej spektakularny.

Brew kit jest po prostu przygotowanym zestawem surowców.

Fermentacja nadal odbywa się naprawdę.

Drożdże pracują.

Cukry są metabolizowane.

Zmienia się ekstrakt.

Powstaje CO₂.

Zmienia się profil aromatyczny.

Temperatura ma znaczenie.

Czas ma znaczenie.

Ciśnienie może mieć znaczenie.

Możesz korzystać z gotowego brew kitu.

Możesz go modyfikować.

Możesz budować własne receptury.

Możesz używać ekstraktów słodowych.

Możesz dodawać owoce.

Miód.

Przyprawy.

Wanilię.

Cynamon.

Maltodekstrynę.

Laktozę.

I po pewnym czasie orientujesz się, że masz w domu szafkę pełną produktów, których nazwy brzmią jak wyposażenie laboratorium chemicznego.

Wtedy dociera do Ciebie, że miało być prościej.


„A można zrobić bimber?”

Nie.

I przepraszam wszystkich, którzy przewinęli cały artykuł wyłącznie po to, żeby znaleźć tę odpowiedź.

iGulu nie jest destylatorem.

Nie ma kolumny destylacyjnej.

Nie ma chłodnicy.

Nie prowadzi destylacji.

Nie posiada również ukrytej funkcji:

„Bimber Turbo”.

Przynajmniej ja jej jeszcze nie znalazłem.

iGulu prowadzi fermentację.

Destylacja jest zupełnie innym procesem i wymaga innego sprzętu.

Jeżeli więc ktoś planował kupić iGulu wyłącznie jako kompaktową domową gorzelnię…

to przynajmniej w tym jednym przypadku rzeczywiście go nie potrzebuje.


I tutaj dochodzę do rzeczy najważniejszej

Kiedy pierwszy raz patrzyłem na iGulu, oceniałem je jako urządzenie do robienia piwa.

Dzisiaj uważam, że to zbyt wąskie spojrzenie.

Dla mnie jest to coraz bardziej urządzenie do realizowania pomysłów.

I różnica jest fundamentalna.

Nie pytam już:

„Jakie piwo mogę zrobić?”

Coraz częściej pytam:

„Co chciałbym zrobić?”

A dopiero później zastanawiam się, jak to osiągnąć.

Najpierw jest pomysł.

Potem receptura.

Baza.

Drożdże.

Temperatura.

Ciśnienie.

Dodatki.

Harmonogram.

Fermentacja.

Degustacja.

I odpowiedź na najważniejsze pytanie:

czy teoria przeżyła kontakt z rzeczywistością?

Czasami przeżywa.

Czasami wychodzi coś jeszcze lepszego.

A czasami podczas degustacji zapada kilkusekundowa cisza i wszyscy zaczynają mówić:

„Noooo… ciekawe.”

„Ciekawe” jest bardzo pojemnym określeniem w domowej fermentacji.


Czyli nadal twierdzę, że nie potrzebuję iGulu?

Oczywiście.

Nie potrzebuję.

Tak samo jak nie potrzebuję ekspresu do kawy.

Grilla.

Pieca do pizzy.

Dobrego aparatu fotograficznego.

Samochodu z klimatyzacją.

Żadna z tych rzeczy nie jest mi konieczna do biologicznego przetrwania.

Tylko że gdzieś po drodze pytanie:

„Czy tego potrzebuję?”

przestało być dla mnie właściwym pytaniem.

Znacznie ciekawsze brzmi:

„Co mi to umożliwia?”

I tutaj odpowiedź robi się zupełnie inna.

iGulu pozwala mi przygotować małą partię dokładnie takiego piwa albo fermentowanego napoju, jaki akurat chcę.

Nie muszę pytać sklepu, czy go ma.

Browaru, czy nadal go produkuje.

Dystrybutora, czy go sprowadzi.

Nie interesuje mnie, czy dany styl jest aktualnie modny.

Nie muszę też od razu robić 20 albo 30 litrów.

Mogę odtworzyć klasyczny styl.

Mogę spróbować zbudować własną interpretację piwa, które właśnie degustowałem.

Mogę zrobić piwo 0,0%.

Mogę zrobić cydr.

Kombuchę.

Tepache.

Buzę.

Mogę eksperymentować z napojami fermentowanymi.

Albo mogę całkowicie zignorować rozsądek i zrobić coś smakującego jak cynamonka.

Co, jak już wiemy, jest funkcją niezwykle potrzebną ludzkości.


Największa wada iGulu?

Na koniec muszę jednak ostrzec.

iGulu ma jedną bardzo poważną wadę.

Zmienia sposób myślenia.

Kiedy widzę ciekawe piwo w sklepie, coraz rzadziej zastanawiam się tylko:

„Czy będzie dobre?”

Zaczynam analizować:

„Jak oni to zrobili?”

Potem:

„Jakich użyli drożdży?”

Potem:

„Jaka mogła być temperatura fermentacji?”

Następnie:

„A gdybym zrobił więcej ciała?”

Potem:

„A może trochę mango?”

I zanim zdążę się zorientować, kupuję piwo referencyjne, wracam do domu i zaczynam planować kolejny nastaw.

Dlatego naprawdę trzeba uważać.

Bo zaczyna się bardzo niewinnie.

Najpierw robisz jeden brew kit.

Potem modyfikujesz drugi.

Następnie kupujesz inne drożdże.

Później maltodekstrynę.

Potem kilka aromatów.

Później RAPT Pill.

Zaczynasz analizować krzywe fermentacji.

Rozmawiać o wpływie ciśnienia na pracę drożdży.

Porównywać profile temperatur.

A któregoś dnia orientujesz się, że o 23:40 stoisz w kuchni nad Butterbeer Bragotem i zastanawiasz się, czy 0,15 ml Creamy Caramel to już za dużo.

I wtedy wiesz, że jest za późno.

Bo przecież miałeś tylko zrobić piwo.


Więc po co mi iGulu?

Coraz częściej odpowiadam sobie na to pytanie bardzo prosto.

Nie po to, żeby mieć piwo.

Piwo rzeczywiście mogę kupić.

Chodzi o to, żeby móc zrobić dokładnie takie, jakie w danym momencie chcę.

Albo cydr.

Albo piwo bezalkoholowe.

Albo kombuchę.

Albo tepache.

Albo coś, czego jeszcze nie ma na półce i dla czego być może nawet nie wymyślono dobrej nazwy.

I to już nie jest to samo.

Bo sklep sprzedaje mi to, co ma.

A iGulu daje mi możliwość odpowiedzenia na znacznie ciekawsze pytanie:

„A co będzie, jeżeli zrobimy…?”

I niestety znam siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, co wydarzy się później.

Zrobimy.

Zostaw komentarz

Wybierz pola do wyświetlenia. Inne będą ukryte. Przeciągnij i upuść, aby zmienić kolejność.
  • Obraz
  • ABV (procentowa zawartość alkoholu)
  • IBU (międzynarodowe jednostki goryczki)
  • OG (gęstość początkowa)
  • SRM (standardowa metoda referencyjna)
  • Waga
  • Cena
  • Stan magazynowy
  • Dodaj do koszyka
Kliknij na zewnątrz, aby ukryć pasek porównawczy
Porównaj